też mylisz dyscyplinę z kontrolą?
o radości z procesu, presji wyniku i odkładaniu bata, który nas sobą trzymamy
Przez 32 lata życia myliłem zdrową dyscyplinę z toksyczną potrzebą kontroli.
Trudno mi było utrzymać skupienie i być obecnym w tym, co robię w danej chwili. Ciągle analizowałem przeszłość albo szykowałem się na przyszłość.
Trudno mi było robić coś dla siebie - dla przyjemności, ekspresji, radości z tworzenia, a nie dla końcowego rezultatu.
Być może też stoisz nad sobą z niewidzialnym batem, nazywając to ambicją, produktywnością czy sumiennością, a w głowie słyszysz ciągle: „robisz za mało”.
kilka pytań
sprawdźmy, czy masz tak jak ja
czy potrafisz robić coś „tylko dla siebie”, nie zastanawiając się w międzyczasie, czy to jest wystarczająco produktywne i czy przybliża Cię do jakiegoś celu?
robienie czegoś dla siebie długo było dla mnie stratą czasu
też boisz się, że jeśli odłożysz bat i dasz sobie trochę wyrozumiałości, to po prostu przestaniesz dowozić wyniki i staniesz się leniwy?
długo sobie nie ufałem i czułem, że bez systemu i bata nad głową szybko zatracę się w lenistwie, nieróbstwie i bezproduktywności
znasz to uczucie, gdy jeden gorszy dzień sprawia, że skreślasz całą swoją dyscyplinę i dochodzisz do wniosku, że „znowu Ci nie wyszło”?
“nigdy nie kończę tego, co zacząłem”, “znowu dałem dupy”, “coś jest ze mną nie tak” to mantry, które kształtowały moją rzeczywistość
też myślisz, że musisz na to zapracować?
Duża potrzeba kontroli rozwinęła się u mnie od dziecka.
I to nie kontroli zewnętrznego świata - z nim godziłem się łatwiej i nie narzekałem zbyt mocno, że jest inaczej niż bym chciał.
U mnie była to bardziej kontrola samego siebie, mojego wewnętrznego świata.
Kontrola moich zachowań, emocji, reakcji, poziomu produktywności, samopoczucia.
Wychowywałem się w niestabilnym środowisku.
Wykształciło we mnie przekonanie, że o mojej wartości świadczy to, ile robię, ile osiągam i jak jestem produktywny.
Nie potrafiłem słuchać sygnałów z mojego ciała i zastępowałem je niekończącym się radyjkiem w głowie. Wszystko analizowałem i wymagałem od siebie coraz więcej.
Potrzeby ciała i układu nerwowego miały niski priorytet.
Ciągle czułem się poniżej mojego potencjału.
Byłem przekonany, że mogę więcej, mocniej, lepiej.
Niezależnie ile czasu czasu poświęcałem “na ważne rzeczy”, ciągle czułem się niewystarczający.
Zewnętrzny sukces nie miał tu znaczenia - czułem, że jest dziełem przypadku, że na niego tak naprawdę nie zasługuję i że zaraz zniknie. Klasyczny imposter syndrome.
Miałem coraz więcej wymagań względem siebie i powodów, dla których powinienem się krytykować.
Czułem, że coś jest ze mną fundamentalnie nie tak.
Czułem, że muszę być zdyscyplinowany i robić co postanowiłem, niezależnie od sygnałów z ciała i tego, jak dużą (albo jak małą) sprawia mi to przyjemność.
Czułem, że coraz więcej rzeczy przychodzi mi z trudnością.
Nie myślałem o radości z robienia czegoś. Wszystko było obowiązkiem.
Zastąpiłem czucie i intuicję myśleniem, a spokój – nieustanną analizą własnych braków, która wysysała ze mnie energię.
jak zajawki zamieniają się w projekty do zrobienia?
Mam dużą ciekawość świata, więc od dziecka lubiłem robić dużo.
Nie zdążyłem się nauczyć zabawy. Poszedłem do 1. klasy mając nieskończone 5 lat, pomijając zerówkę, przedszkole i czas zawierania znajomości i zabawy.
Zabawę zastąpiły powinności, obowiązki, praca.
Do dzisiaj gdy coś staje się dla mnie interesujące - nowe hobby, nowy projekt, nowy biznes do przetestowania, idę w to mocno.
Początkowa faza jest zawsze ekscytująca, bo daję ujście mojej kreatywnej energii i pozwalałem sobie na eksplorację bez planu.
Gdy jednak tylko poczuję, że to coś wychodzi mi całkiem dobrze, mój mózg odpala autopilot i zaczyna zamieniać to w projekt do zrealizowania.
Dokładnie tak, jak nauczyłem się to robić w dzieciństwie.
Bardzo szybko uprzykrzam więc sobie robienie czegokolwiek i zaczynam planowanie.
Jak często się tym zajmować.
Ile czasu na to poświęcać.
Jakie cele osiągnąć.
Dokąd dotrzeć.
Jak robić to najlepiej, najwydajniej, najszybciej.
Jak być w tym najlepszym. Bo wtedy dostanę uwagę innych.
Wtedy znajdę w końcu swoją wartość poza sobą.
jak presja kontroli niszczy wszystko?
Eksploracja nowych pomysłów na biznesy stała się obowiązkiem, który zaczałem wpisywać w kalendarz.
Przestałem więc eksplorować.
Granie jako DJ stało się projektem bycia “świetnym DJem” i powodem do wyrzutów sumienia, że nie zajmuje się tym wystarczającą często.
Przestałem więc grać.
Rozwój biznesu wokół bloga podróżniczego stał się moją zmorą, bo ciekawość zamieniłem na listę kolejnych obowiązków.
Przestałem więc rozwijać bloga.
Jazda na rowerze MTB, która miała mi pomóc odpocząć w naturze, przerodziła się w obowiązek trenowania, regularnego jeżdżenia i budowania formy.
Przestałem więc jeździć.
Ogródek też stał się wyrzutem sumienia, bo robiłem tam za mało.
Przestałem tam chodzić.
Chciałem kontrolować, wymuszając na sobie toksyczną dyscyplinę.
Gdy tylko wypadałem z narzuconej sobie rutyny (nic dziwnego, bo wychodziła z przymusu, a nie ciekawości), stwierdzałem, że do niczego się nie nadaję.
Że nie potrafię utrzymać żadnej dyscypliny.
Że jak zwykle nie kończę projektów, które zacząłem.
bądź w procesie, nie w końcowym efekcie
Wszystko było projektem z zamierzonym, końcowym efektem, a nie procesem, który daje radość z samego bycia w jego środku.
Zamiast tworzyć dla siebie przestrzeń do eksploracji, nastawiłem się na końcowy wynik.
Podwyższałem poprzeczkę za każdym razem, gdy docierałem do ważnego punktu.
Nie zauważyłem, że pomyliłem dyscyplinę z kontrolą.
A te dwa pojęcia różnią się zasadniczo.
kontrola - oblicze prawdziwe
Kontrola nie daje elastyczności, nie daje pola manewru.
Kontrola jest zerojedynkowa - albo zrobiłem coś zgodnie z postanowieniem i jestem OK, albo nie zrobiłem i jestem do niczego.
Kontrola to robienie codziennie wszystkiego, co zaplanowałem - niezależnie od energii, czasu, przestrzeni.
A gdy cała lista zadań nie jest odhaczona - potrzeba kontroli wlewa do mojej głowy wyrzuty sumienia i poczucie, że jestem do niczego.
Wychodząc z kontroli wydawało mi się, że muszę codziennie robić wszystko.
Niezależnie od mojego stanu.
Niezależnie od wahań.
Niezależnie od oporu i masy zewnętrznych czynników, na które nie mam wpływu.
Każde przerwanie rutyny było znakiem, że coś jest ze mną nie tak.
Dbałem tylko o wynik, a nie o bycie maksymalnie obecnym w tym co robię i czemu płacę moją uwagę (termin paying attention jest tu idealny).
Nie miałem przestrzeni na spojrzenie na siebie wyrozumiałym okiem.
Wyciągałem szybko i pochopnie wnioski na swój temat - i robiłem to nie z dystansu, tylko będąc w stanie napięcia i czując do siebie masę złości.
Nic dziwnego, że te wnioski nie były zbyt pozytywne.
Zakładałem, że raz przyjęta rutyna musi być wymagająca i przede wszystkim stała - a jeśli wykruszam się z niej to problemem nie jest rutyna.
Problemem byłem ja.
Coś się jednak zmieniło.
dyscyplina - oblicze prawdziwe
Nigdy nie byłem zdyscyplinowany.
Byłem uwięziony w kajdankach kontroli, która udawała zdrową dyscyplinę.
Dyscyplina to umiejętność powrotu do postanowienia bez samobiczowania się, że wszystko nie idzie zgodnie z planem.
Dyscyplina to podejście, w którym nie definiuje mnie chwilowy stan, w którym czasami będę czuł podekscytowanie, a czasami opór, niechęć, wahania i zmęczenie.
Dyscyplina to patrzenie na wszystko w dłuższej perspektywie.
Dyscyplina to trzymanie się słowa danego samemu sobie.
Dyscyplina to zrozumienie, że czasami przepadnę w stanie flow i nie będę wiedział, jak minął mi czas.
Dyscyplina to zrozumienie, że czasami zrobię mniej niż się spodziewałem.
Dyscyplina to zrozumienie, że czasami będę miał problem z wyduszeniem z siebie czegokolwiek.
Zamiast analizować jak poszedł dany dzień - zacząłem myśleć w perspektywie tygodnia, miesiąca, kwartału. Nie skupiam się na lokalnych górkach i dołkach, tylko na generalnym trendzie - trendzie do przodu, do wzrostu i ekspansji.
Dyscyplina to wracanie do swojego rytmu bez dramatyzowania - nawet jeśli ostatni czas nie był najbardziej produktywny.
Dyscyplina to dbanie o dobrą relację z procesem, w który się angażujemy, a nie myślenie tylko o wyniku.
Wynik to domena kontroli - a radość z procesu to kwintesencja dyscypliny.
Dyscyplina to też szczerość względem siebie.
Zamiast generalizowania “znowu dałem dupy”, “nie nadaję się do tego”, nazywam konkretne powody “zacząłem za późno”, “za dużo energii poszło w rozproszenia”, “nie wyspałem się zbyt dobrze”, “nie wyznaczyłem sobie pory na pracę”.
W zdrowej dyscyplinie celem jest kierowanie uwagi w miejsca, które są dla nas ważne.
W chorej kontroli celem jest zrobienie świetnej roboty, flow na zawołanie i zadowolenie z efektu pracy.
Kontrola próbuje mieć wpływ na czynniki, na które nie mamy wpływu.
Dyscyplina skupia się na tym, co w naszych rękach - pojawienie się o wyznaczonej godzinie przy biurku, pójście danego dnia na trening.
Dyscyplina to przestrzeń dla ważnych rzeczy, aby mogły dziać się regularnie.
W dyscyplinie jest wiele wolności. W kontroli nie ma jej w ogóle.
rachunek mojego sumienia
Już czuję, dlaczego tak trudno było mi być zdyscyplinowanym.
Próbowałem osiągnąć to w sposób, który ma niewiele wspólnego z dyscypliną i wychodzi z ogromnej potrzeby kontroli samego siebie.
To w połączeniu z miłością do wolności musi dać tylko jeden rezultat - niezadowolenie, wypalenie, brak radości z życia i poczucia sensu.
Jak dbam teraz o dyscyplinę?
Przede wszystkim wiem, co jest dla mnie ważne.
Wiem, że potrzebuję przestrzeni do ekspresji, do wyrażenia siebie - a nie tylko pracy nad projektami i ogarniania firmowych spraw.
Rezerwuję sobie w tygodniu kilka bloków czasu na tworzenie.
Nie narzucam sobie, co mam wtedy robić i jakiego rezultatu oczekuję.
Umawiam się ze sobą, że przez określony czas kieruję uwagę w konkretną stronę.
I nie - nie brakuje nam czasu, skoro tak łatwo tracimy go na pierdoły.
Brakuje nam jasności i prostej struktury, która zrzuci z nas codzienne decydowanie “czy to dobry dzień na stworzenie czegoś”.
Kontrola mówi - “dzisiaj musisz zrobić dokładnie to co zaplanowałeś i wtedy możesz się uznać za wartościowego”.
Dyscyplina mówi - “zdecydowałeś się na poświęcenie czemuś uwagi, więc masz dzisiaj zgodnie z planem przestrzeń do pracy nad tym, niezależnie od tego, jaki będzie końcowy rezultat”.
metaobserwacje
Spróbowałem wcielić w życie to, o czym piszę już przy okazji pisania tego tekstu. Dałem sobie przestrzeń do otwarcia notatki i zapisałem kilka zdań.
Okazało się, że pisze się dobrze - napisałem więc tekst do końca. Jak widać dzisiaj mam dzień, w którym napisałem cały esej.
Jeśli jutro energii starczy tylko na przeglądanie notatek i luźne uwagi - to też ok.
Chodzi w końcu o dawanie sobie przestrzeni i traktowanie ją jako świętej, a nie stania nad sobą z batem.
Dajmy sobie przestrzeń i zdrową dyscyplinę, a nie bata nad głową i toksyczną kontrolę.
Po 32 latach walenia w siebie batem poczułem, że już chyba wystarczy.
Dając sobie więcej miłości raczej sobie nie zaszkodzimy.


