też odkładasz życie i szczęście na potem?
o wiecznym “za mało”, presji robienia więcej i tym, jak uczę się mówić sobie "stop"
Przez lata mówiłem sobie, że będę szczęśliwy, gdy dojdę do danego punktu. Gdy zarobię tyle. Gdy wyjdę z etatu. Gdy będę wolny.
Może też tak masz — “najpierw to osiągnę, potem zacznę żyć”.
“Najpierw zrealizuję cele, a potem w końcu będę spokojny.”
Doszedłem do tego punktu, zrealizowałem swoje cele.
I zamiast wyczekiwanego szczęścia poczułem pustkę i brak spełnienia.
Osiągnąłem sukces, o którym marzyłem. Znalazłem się w miejscu, do którego chciałem dojść od lat. Byłem z siebie dumny.
I widziałem jednocześnie, że moja droga do celów była życiem w przyszłości i przeszłości.
Głowa albo planowała kolejny cel, kolejny przychód, kolejną wersję siebie, albo grzebała w tym, skąd wyszedłem i od czego chciałem uciec.
Żyłem albo tym, co będzie, albo tym, od czego uciekam. Dzisiaj było tylko środkiem do realizacji planu, a nie okazją do radości.
Nie umiałem czerpać przyjemności z procesu i cieszyć się tym, co robię. Ciągle tylko myślałem, co czego mnie to doprowadzi.
na zewnątrz wszystko grało, a w środku — niekoniecznie
Dzisiaj widzę, że znacznie lepiej szło mi z celami zewnętrznymi, niż z tymi dotyczącymi mojego życia wewnętrznego.
Myślałem, że wolność i spokój ducha zapewni mi zbudowanie wokół siebie świata, który da mi finansowe bezpieczeństwo, wolność pustego kalendarza i swobodę robienia ze swoim dniem tego, co chcę.
Nie zwracałem zbyt dużej uwagi na swój stan wewnętrzny.
Myślałem, że budzący się we mnie opór, niechęć do robienia tego, co zaplanowałem i uciekająca ze mnie ciekawość świata to cena, jaką trzeba ponieść, idąc w kierunku swoich celów.
Ile razy sam sobie to mówiłeś?
jak wygląda dzień, gdy przestaję brać udział w wyścigu z samym sobą
Mój dzień w kwietniu 2026 to wypadkowa tego, czego nauczyłem się o sobie przez 32 lata.
Budzę się między 6:30 a 7:00, bo jest to dla mnie najbardziej naturalne.
Świat jest wtedy spokojniejszy, jeszcze nierozpędzony kolejnymi obowiązkami i gonitwą.
Łatwiej mi robić rzeczy wolniej i z większą obecnością gdy wiem, że przede mną jest jeszcze bardzo dużo dnia.
Wstawanie po 8 rodzi już trochę presji — głos w głowie mówi: „jestem już spóźniony”.
Bardzo łatwo jest mi też rozpędzić się od samego rana, uruchomić natłok myśli i wypaść ze swojego naturalnego rytmu. Wewnętrzna zmiana to proces, który czasami idzie dobrze, a czasami sprawia wrażenie, jakbym cofał się w rozwoju.
Widzę, jak mocno na jakość mojego dnia wpływa to, co mówię do siebie i co słyszę w swojej głowie od samego rana.
Jeśli wstaję z gorszą energią, bardzo łatwo jest wpaść mi w spiralę negatywnych myśli i już od początku dnia być niezadowolony, apatyczny, wycofany.
Zaczynam wtedy narzekać, przeszkadza mi wiele prozaicznych rzeczy i czuję ciężar tematów i zadań, którymi „powinienem się zająć”.
Od kilku miesięcy receptą na mój poranny wysoki poziom kortyzolu są treningi.
Albo spaceruję na 8:00 do centrum treningowego w sąsiedniej dzielnicy i robię tam grupowy trening, albo idę na siłownię na mój siłowy, kalisteniczny trening.
Potem mój rytuał, czyli parzenie kawy. Kawy jest u mnie zawsze dużo, ale taki codzienny go-to to drip V60 z ziaren z Afryki, bo są najbardziej kwaśne.
Czasami pijąc kawę biorę też kompleks witamin B i l-teaninę, bo to daje mi mocnego kopa z kreatywnością i łatwiej jest mi wskoczyć we flow.
tworzenie bez poganiania się
Piszę ten esej w 2-godzinnym bloku „tworzenie”, w którym zobowiązałem się dawać upust mojej kreatywnej energii. Czasami jest to pisanie, czasami nagrywanie, czasami układanie nowego seta jako DJ.
Ale już czuję, że ta stała struktura wyzwala we mnie presję, że “przecież muszę dzisiaj pisać”. Jeszcze nie wiem, co z tym zrobić. Czekają mnie pewnie kolejne zmiany.
Chcę cieszyć się procesem, a nie znowu optymalizować życie pod wyniki, jakie osiągam.
Czasami robię tylko trochę pompek zamiast pełnego treningu.
Czasami przeglądam tylko notatki i dodaję nowe pomysły zamiast pisać długi esej.
Czasami tylko przeglądam wyszperaną muzykę zamiast tworzyć z niej nowego seta.
Uczę się tego, żeby liczyło się dla mnie nie to, co zrobię albo stworzę, tylko jak obecny i zadowolony będę w tym procesie.
To jest stan tak obcy dla dawnego mnie, że bardziej obcy być nie może.
Wierzę, że dla wielu osób to domyślny stan, ale nie dla mnie.
krytyczny głos w głowie, który nie odpuszcza
Nadal wyzwaniem jest dla mnie powiedzenie sobie dość.
Nawet gdy zrobię swoje poranne rutyny, zrobię trening, zrobię dużo pięknych rzeczy w mojej sesji tworzenia - nadal czuję niedosyt.
Moją domyślną myślą w tej sytuacji jest „ooo, dobrze Ci idzie - zrób więc jeszcze więcej, jeszcze lepiej, jeszcze szybciej”.
Zamiast dawać sobie dużo miłości i docenić to, jak dużo energii zainwestowałem w ważne dla mnie rzeczy, poranne sukcesy nadal próbuję czasami przekuć w pewien rodzaj kary dla samego siebie.
„skoro zrobiłeś dużo - zrób jeszcze więcej”
Wtedy nigdy nie ma się dość. Wtedy nigdy nie czuje się z siebie zadowolenia i nie czuje się własnej wartości, bo przecież można zrobić jeszcze więcej.
Znasz ten głos?
Pamiętam jeden szczególny poranek kilka dni temu.
Zrobiłem trening, wróciłem do domu, zaparzyłem kawę, pisałem przez dwie godziny.
Skupiony, bez rozpraszania. Wstałem od biurka z uczuciem, że zrobiłem coś dobrego.
I zanim zdążyłem wyjść z pokoju, w głowie usłyszałem ten głos:
“no dobra, ale mógłbyś jeszcze...”
Usiadłem. Siedziałem przez chwilę z tym uczuciem. I po raz pierwszy od dawna nie poszedłem za nim.
Zamknąłem komputer. Wyszedłem, zrobiłem herbatę, pooddychałem.
Coraz lepiej widzę schematy myślowe, w które wpadam i z każdym kolejnym cyklem, gdy te myśli do mnie wracają, czuję, że mają na mnie coraz mniejszy wpływ.
Dawniej ciągle kwestionowałem to, co robię w danej chwili, słysząc w głowie, że „są może pilniejsze i ważniejsze rzeczy, którymi powinienem się zająć”.
Dzisiaj idę mocniej za głosem serca.
Pozwalam sobie wsiąknąć w to, do czego prowadzi mnie w danej chwili uwaga i nie czuć wyrzutów sumienia, że to może niekoniecznie to, co zaplanowałem sobie wcześniej jako moje zadanie na daną chwilę.
Uczę się tańczyć na granicy wolności i dyscypliny.
Nie zamieniam już mojego dnia w gonitwę za celami, ale pamiętam też, czego chcę w życiu i czego to ode mnie wymaga.
Ten ranek — trening, kawa, dwie godziny pisania — był wystarczający. Uczę się w to wierzyć i to czuć.
Kiedy ostatni raz pozwoliłeś sobie na to samo?
chcesz to poukładać razem?
Jeśli ten esej do Ciebie trafił i czujesz, że też odkładasz życie na potem albo nie umiesz powiedzieć sobie dość — możemy porozmawiać.
Prowadzę konsultacje dla osób, które mają “wszystko ogarnięte” na zewnątrz, ale w środku szukają czegoś więcej. Pomagam wyjść z autopilota i przestać żyć w trybie “jeszcze tylko to, a potem zacznę żyć”.
Wybierz termin konsultacji 1:1 ze mną.


