też szukasz własnej wartości wszędzie poza sobą?
o uzależnianiu poczucia wartości od wyników, biczowaniu się i zamianie lęku na wyrozumiałość
Wszyscy mierzymy się z podobnymi wyzwaniami i nigdy nie jesteśmy w tym sami.
Chcę, żeby moja energia wyszła poza prywatne notatki. Mam nadzieję, że zrobisz z niej użytek.
Dojrzewałem do publikacji newslettera i podcastu długimi miesiącami. Chciałem się dzielić swoimi doświadczeniami, ale hamował mnie lęk, że nikomu się nie przydadzą.
Doszedłem jednak nie wniosku, że życie to działanie, a nie planowanie działania.
To mój pierwszy esej. Dzień dobry!
Przydarza Ci się coś z tej listy?
Wymaganie uwagi innych.
Nadmierne tłumaczenie się.
Czekanie na pochwały.
Szukanie akceptacji tego co robię.
Oskarżanie innych o mój nastrój.
Rozważanie wielu scenariuszy.
Trudność w podejmowaniu decyzji.
Uzależnianie własnego samopoczucia od samopoczucia innych.
Co odpowiedziałbyś na te pytania?
ile razy poczułeś ulgę dopiero wtedy, gdy ktoś zauważył Twoją pracę?
też boisz się, że jeśli przestaniesz się biczować, to staniesz się po prostu leniwy?
też masz wrażenie, że niezależnie od tego, ile zrobisz, w Twojej głowie i tak słyszysz: “to wciąż za mało”?
Szukałem swojej wartości wszędzie, tylko nie w sobie
Te wszystkie sygnały to dowód, że ciągle szukam poczucia własnej wartości poza mną.
Poczułem, że nie czuję do siebie bezwarunkowej miłości.
Że nie jestem dla siebie wyrozumiały.
Że wymagam od siebie wiele - tak, jakby stał nade mną ciągle arbiter, który ocenia jakość każdej chwili mojego dnia.
Ile zrobiłem, jak byłem produktywny i jak przesunąłem się po arbitralnej skali “bycia lepszym człowiekiem”.
I że oceniam własną wartość na podstawie zewnętrznych sygnałów - uwagi, pochwał, zadawania mi pytań o to, co robię.
Sam nie wierzyłem, że to, co sobą reprezentuję, jest wartością samą w sobie i że nie muszę sobie niczego udowadniać.
Myślałem, że tak po prostu jest. Że wartość człowieka zależy od tego, jakie wyniki dowozi. A gdy ich nie dowozi - że jest niewiele warty.
Dlaczego potrzebowałem być zauważony
Nikt nie powiedział mi w dzieciństwie, że mogę dać sobie bezwarunkową miłość z tego tylko powodu, że istnieję.
Że nie potrzebuję nic więcej, żeby być z siebie dumny, być dla siebie wyrozumiały i dawać sobie bezwarunkową miłość.
Najpierw nauczyłem się uzależniać swoją wartość od dobrych ocen, które przynosiłem ze szkoły.
Później - od tego, jak dobrze radzę sobie w pracy, jak dużo pieniędzy oszczędzam i jak często jestem w stanie podróżować.
Uwolnić miała mnie własna firma, ale to też było powierzchowne, bo nadal zdawałem sobie sprawy z głębokich mechanizmów, które sterowały moim podejściem do samego siebie.
Firma dawała mi coraz więcej pieniędzy i coraz mniej wolności we własnej głowie. Im większa była zewnętrzna wolność, tym mniej wolności dawałem samemu sobie.
Moja wartość nadal zależała wyłącznie od tego, jak dobre były zewnętrzne wyniki - przychody, odhaczone zadania, pochwały, uwaga innych.
I ciągle było mi tego mało, bo próbowałem zasypać brak miłości do samego siebie atencją innych osób, co było od zawsze skazane na porażkę.
Gdy źródełko gasło, ja też gasłem.
I nadal nie umiem sobie z tym do końca poradzić.
Mechanizmy nieświadomie rządzą naszym życiem
Nadal w gorszych chwilach czuję, że moje wewnętrzne dziecko czeka na więcej uwagi, którą dostawało, gdy przynosiło dobre oceny.
A wiadomo - im więcej dobrych ocen, tym wszyscy się do tego przyzwyczajają, a ja częściej odpowiadam “czemu czwórka, a nie piątka?”.
Wydostawanie się z tak wcześnie zaszczepionych mechanizmów nadawania sobie własnej wartości jest trudne.
Od dłuższego czasu widzę te mechanizmy i pisząc o nich czuję, że “to już”, że “już w końcu widzę je w całości i nie dam się im złapać”.
Po potem łapię się na nich znowu, zdając sobie sprawę, że ich macki sięgają głębiej i głębiej. Że ta cebula ma kolejne i kolejne warstwy.
Jak daję sobie więcej miłości, uwagi i wyrozumiałości
Widzę, że ten proces to spirala.
Zataczam kolejne koła i mam wrażenie, że wracam do tych samych miejsc, ale za każdym razem mechanizmy mają nade mną mniejszą kontrolę.
Paliwem do przemiany jest miłość do samego siebie i wyrozumiałość - nawet, gdy nie spełniam żadnych wymagań, które zapisały się w mojej głowie lata temu.
I to szczególnie w takich chwilach ważne jest, żebym dostrzegał wartość siebie płynącą z ciała, a nie z głowy.
Wartość, która istnieje zawsze, nawet gdy nie robię nic konstruktywnego, gdy nie realizuję zadań, gdy nie rozwijam się i gdy czuję, że życie przecieka mi przez palce.
Ciągle jeszcze myślę, że jeśli odpuszczę to biczowanie się, to przestanę dowozić wyniki.
Ale lęk to paliwo, które się szybko kończy, a wyrozumiałość to energia na lata.
Wewnętrzne dziecko jest we mnie zawsze
Wtedy szczególnie potrzebuję wracać do wewnętrznego dziecka.
Dawać mu uwagę, o którą ciągle prosi.
Chwalić samego siebie i doceniać wszystko, co robię, niezależnie do wyniku.
Dostrzegać momenty, w których jest mi ciężko i dawać sobie wtedy zrozumienie.
Współczuć sobie w momentach, gdy nie czuję się dobrze, gdy jestem przytłoczony, zmęczony i zły.
Nie uzależniać zadowolenia z siebie od tego, ile zrobiłem, ale od tego, jak bardzo pozwoliłem sobie bawić się procesem i jak bardzo byłem w nim obecny.
Pozwalać sobie na eksplorację bez planu, stretegii, oczekiwanych wyników.
Być ciekawym dla samej ciekawości, bez kwestionowania swojej intuicji i zastanawiania się, czy to co robię jest “przydatne dla mojego rozwoju”.
Podchodzę do życia zbyt poważnie, bo tego nauczyłem się w dzieciństwie.
Szybko musiałem zachowywać się jak dorosły, chociaż wcześniej nie dostałem czasu i przestrzeni na zachowywanie się jako dziecko. A przecież byłem wtedy dzieckiem.
Nic dziwnego, że moja wartość stała się zależna od warunkowej akceptacji i uwagi dawanej mi przez mamę. Nie znałem jej innego źródła i nie dowiedziałem się wtedy, gdy było mi to najbardziej potrzebne, że źrodłem mojej wartości jestem ja sam.
Próbuję flirtować z życiem
Życie nie jest wyścigiem o to, gdy osiągnie więcej. Na łożu śmierci nie będę chciał spojrzeć na swój współczynnik produktywności i powiedzieć, że chciałbym zrobić jeszcze więcej zadań.
Chcę spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie, że dobrze bawiłem się w życiu.
Że czułem się wygodnie w swojej skórze niezależnie od tego, jak wiele robiłem, jak dużo uwagi dawali mi inni ludzie i jak mocno trzymałem się swojego planu.
Chcę flirtować z życiem, nie bać się podejmowania trudnych decyzji i przestać żyć w głowie, będąc więźniem własnych myśli.
Chcę czuć, zamiast ciągle myśleć.
Chcę przekonać się jak będzie, zamiast się nad tym zastanawiać.
Chcę zaufać sytuacji, zamiast probować ją kontrolować.
Chcę uwierzyć, że zasługuję na miłość innych, najpierw dając ją sam sobie.
I wiem, że to proces, który nie zakończy się z dnia na dzień, bo dawna wersja mnie, pełna wrogości do samego siebie i ciągłego oceniania, była ze mną od kiedy pamiętam.
Chcę jednak coraz częściej stawać obok tych mechanizmów, dostrzegać je i dawać sobie uwagę samemu, karmiąc nią rodzącą się nową wersję mnie - pełną miłości, zaufania i szacunku do samego siebie.
To trudne, ale biorę za to pełną odpowiedzialność.
PS. Możesz umówić się na konsultacje 1:1 ze mną. Dzielę się swoim doświadczeniem i pomagam w transformacji. Skoro doczytałeś do tego miejsca, prawdopodobnie idziemy podobną drogą i mamy zbliżone wartości.


