wszystko możesz, nic nie musisz
z bycia swoim najgorszym szefem do bycia swoim przyjacielem
Przez większość życia w mojej głowie leciał ten sam film.
Muszę odpisać. Muszę zadzwonić. Muszę dowieźć.
Muszę zbudować firmę, dom, przyszłość.
Muszę rozwinąć wersję siebie, którą w końcu ktoś poklepie po plecach.
Muszę, muszę, muszę.
Nikt mnie do tego nie zmuszał. Kajdany trzymałem w rękach sam i sam dokręcałem śrubę. Wziąłem to sobie z dzieciństwa, gdzie nauczyłem się, że o mojej wartości stanowi to ile zrobiłem, a nie to jakim jestem człowiekiem.
Latami szukałem własnej wartości wszędzie poza sobą - w wynikach, w cudzych pochwałach, w kolejnym odhaczonym zadaniu."
I to ze mną zostało na długie lata.
Piszę te teksty z środka procesu, w którym sam jestem, a nie z fotela eksperta.
Jeśli czujesz, że chcesz to rozgryźć z kimś, kto wie, co czujesz - robię konsultacje 1:1. Po ludzku, o Twojej konkretnej sytuacji, bez wymądrzania się. Bardziej jako przyjaciel i przewodnik, niż mentor. Możesz umówić się na wstępne 30 min za darmo.
nic nie możesz, wszystko musisz
To było zdanie, które opisywało dobrze tamten stan.
Nie możesz odpuścić, bo świat się zawali.
Nie możesz zmienić zdania, bo już się komuś zadeklarowałeś.
Nie możesz zejść z kierunku, bo przecież tyle w niego włożyłeś.
A jednocześnie musisz wszystko naraz, najlepiej wczoraj i bez prawa do zmęczenia.
Możesz odpocząć dopiero wtedy, gdy zrobisz to, co musisz.
A to co musisz nigdy nie chciało się skończyć.
Zawsze było coś, co jest ważniejsze od rzeczy, którą intuicyjnie chciałem właśnie zrobić.
Chcę odpocząć? Ok, ale najpierw zrób zadanie.
Chcę pograć na DJce? Ok, ale najpierw posprzątaj.
Chcę iść na spacer? Ok, ale najpierw dokończ to co robisz.
Jakbym ciągle musiał zasłużyć na to, żeby dać sobie w życiu chociaż trochę przyjemności.
Tak właśnie odkłada się życie na potem - na mityczne “kiedyś”, które nie nadchodzi.
coś się przełączyło
Nie umiem wskazać jednego dnia, w którym doszło do zmiany.
To bardziej jak światło, które ktoś powoli podkręca w pokoju.
Kilka głębokich rozmów - również sam ze sobą.
Tysiące linijek notatek zapisanych ręcznie w moich notesach.
Trochę czasu spędzonego zupełnie obok siebie, z boku, patrząc na to, w jakiej energii akurat jestem.
Substancje zmieniające świadomość.
I w pewnym momencie zdanie odwróciło się do góry nogami.
Nic nie musisz, wszystko możesz.
Małymi krokami zacząłem zdawać sobie sprawę, że to, co uznawałem za mus, było tylko i wyłącznie moim biczowaniem się w głowie.
Przez lata myliłem dyscyplinę z kontrolą.
Byłem swoim szefem i wykonawcą poleceń szefa jednocześnie - a szef nie znał litości.
Aż pojawiły się przebłyski, w których szef nie krzyczał już tak głośno.
Pozwoliłem sobie na więcej luzu raz, drugi, trzeci i… okazało się, że wtedy poczułem, że naprawdę żyję.
Wtedy poczułem swoją prawdziwą energię, kreatywność i duszę artysty, którą wypierałem, bo nie pasowała mi do obrazu produktywnego Bartka.
Powoli zacząłem dawać sobie prawo do bycia sobą.
haczyk, bez którego to bzdura
Gdyby to było tylko “nic nie muszę”, byłby ze mnie rozpuszczony bachor, który olewa świat i czeka, aż inni za niego posprzątają i zapewnią mu komfort i bezpieczeństwo.
Nie jestem i nigdy nie będę takim gościem. Lubię zamieniać słowa w czyny.
Ale najlepiej działam, gdy mocno wierzę w to, co robię. A nie wtedy, kiedy “czuję, że coś zrobić powinienem”.
“Nic nie muszę, wszystko mogę”.
To zdanie nie oznacza porzucenia odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie.
Ono znaczy dla mnie: “Akceptuję konsekwencje tego, co robię. I tego, czego nie robię.”
Mogę nie odpisać na wiadomość. Ale przyjmuję, że ktoś może się obrazić.
Mogę odpuścić sobie sezon w ogrodzie. Ale przyjmuję, że nie będzie pomidorów.
Mogę zejść z kierunku, w który włożyłem dwa lata. Ale przyjmuję, że nie dojdę, gdzie chciałem.
I odwrotnie: mogę też rzucić wszystko i pojechać na drugi koniec Polski dla jednej osoby albo dla jednego miejsca. Ale to mój wybór i moje konsekwencje do poniesienia, a nie cudze.
“Nic nie muszę” bez “biorę konsekwencje” to roszczenie.
“Nic nie muszę” z “biorę konsekwencje” to wolność dorosłego człowieka.
co to znaczy w praktyce
To nie jest filozofia do oprawienia w ramkę. Mam alergię na intelektualistów, którzy są przekonani, jak należy żyć, ale mają awersję do działania. Boją się, że jak zaczną działać to okaże się, że ich filozofia nie wytrzymuje starcia z rzeczywistości.
Jeśli czytając tu czujesz, że to może być o Tobie to tak - to jest o Tobie. Dużo gadania i mało robienia to coś, co nigdy mnie nie kręciło.
“Nic nie muszę, wszystko mogę” to lista rzeczy, które mogę zrobić dzisiaj, po południu, bez pytania nikogo o zgodę.
Mogę zmienić plany. Mogę nie odpisywać. Mogę wyjść z domu w środku dnia i nie tłumaczyć się nikomu.
Mogę pokazywać ludziom, co robię. Albo zachować to wszystko dla siebie.
Mogę zagadać do zupełnie obcej osoby. Albo obserwować wszystkich z boku i nie powiedzieć ani słowa.
Mogę mieć dla kogoś cały swój czas. Albo nie mieć go wcale.
Mogę pracować w ogrodzie do zmroku. Albo odpuścić ten sezon i pojechać tam, skąd ktoś lub coś mnie przyciąga.
Mogę wyjechać z Polski, zafascynować się kimś, posłuchać głosu swojego serca, dać pole intuicji nawet, gdy coś brzmi nielogicznie i nierozsądnie.
Mogę podejmować odważne decyzje, bo to moje życie i nie chcę go przeżyć trzęsąc dupą i myśląc tylko “co by było gdyby”.
Mogę. Naprawdę mogę. Nikt mi nie zabrania. I nigdy nie zabraniał - poza głosem w mojej głowie.
Cała lista “nie wolno” istniała tylko w mojej głowie.
życie to puste płótno i Ty masz wszystkie farbki
Życie to puste płótno.
Na własnym płótnie mogę namalować dokładnie to, co mi się podoba. Mogę tam namalować wszystko. I nie muszę malować niczego.
Przez lata malowałem to, co według mnie należało namalować.
Bo tak wypada.
Bo tak robi się porządne życie.
Bo ktoś kiedyś powiedział, że dorosły mężczyzna zachowuje się w określony sposób i trzyma się tego nawet, kiedy przestaje czuć, że to coś co naprawdę chce robić.
A prawda jest taka, że to moje płótno. I mogę je w każdej chwili zamalować od nowa.
amor fati
Jest takie stare pojęcie, które trafiło do mnie, gdy przeglądałem bezwiednie Instagrama.
Amor fati. Miłość własnego losu.
Nie chodzi o bierną zgodę w stylu “no trudno, jakoś to zniosę”. Chodzi o aktywne “tak” powiedziane rzeczywistości. Nie o walkę z tym, co jest, tylko o pokochanie tego.
To wygląda u mnie mniej więcej tak:
Nie walcz. Zobacz. Zaakceptuj. Przyjmij i pokochaj jako część siebie.
I dopiero z tego miejsca, z tej odzyskanej energii, którą wcześniej przepalałem na szarpanie się z rzeczywistością, buduj lepszą wersję siebie.
Bo kiedy przestaję udowadniać, że powinno być inaczej, nagle mam siłę na to, żeby faktycznie coś zmienić.
To się już wydarzyło. Nie chciałbym tego cofać. To część mojej drogi.
widzę to teraz wszędzie
Najdziwniejsze jest to, że kiedy raz to zobaczyłem, widzę to już w każdym obszarze życia.
W pracy.
W relacji.
W tym, gdzie mieszkam.
W tym, komu i ile daję ze swojego czasu.
Wszędzie to samo dwuzdaniowe równanie.
Wszystko mogę. Nic nie muszę.
A za to, co wybiorę i czego nie wybiorę, płacę własną walutą i nie wystawiam rachunku nikomu.
Żebym tylko o tym pamiętał następnym razem, kiedy w głowie znowu włączy się ten stary film z napisem “musisz”.


