gdzieś w głębi jest ze mnie bardzo zabawny i wyluzowany człowiek
myślę, że na dzisiaj stosunek bycia rozluźnionym i wychillowanym do bycia spiętym i zestresowanym życiem to u mnie mniej więcej 40:60
nadal na korzyść spiętej dupy
a że celuję w 80:20 na korzyść chillu, mam jeszcze troszkę wędrówki przed sobą
roboczo nazwijmy te dwa stany, między którymi wędruję czasami kilka razy w ciągu jednego dnia, tak biblijnie (chyba) - “lata grube” i “lata chude” *
* “lata chude” i “lata grube” niekoniecznie trwają lata. to czasami chude i grube minuty, godziny, dni, tygodnie. skala jest różna, mechanizm jest zawsze ten sam
lata grube
lata grube są wtedy, gdy nie zaczynam dnia od maila, social mediów i trybu gonitwy, nie zerkam ciągle na zegarek, nie zastanawiam się czy “nie odstaję od planu”
wtedy mam dobry dostęp do wewnętrznego spokoju i przemierzam dzień powoli, bez kompulsywnego biegania po mieszkaniu i ganienia się, ile mam jeszcze dzisiaj do zrobienia
nigdzie się nie spieszę, daję sobie czas na zastanowienie i eksplorację, piję dużo wody, jem powoli, oddycham głęboko
zamiana pośpiechu w cierpliwość okazała się jedną z niewielu rzeczy, które u mnie realnie zadziałały
robię też rzeczy nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że wewnętrznie ich chcę
cała różnica siedzi w jednym zdaniu: wszystko mogę, nic nie muszę
nawet, gdy nie rwę się do ich zrobienia, czuję, że są ze mną zgodne i prowadzą mnie w kierunku, w którym chcę iść
długo myliłem dyscyplinę z kontrolą i wtedy każda taka rzecz zamieniała się w bat nad własną głową, zamiast w przestrzeń
prastara filozofia
jak coś nie idzie po mojej myśli i wbrew moim oczekiwaniom, rzucam sobie nonszalancką kurwą pod nosem, czuję, że nic się nie dzieje i idę sobie dalej w tym kierunku, który z jakiegoś powodu mnie właśnie przyciąga
czuję się wtedy panem własnych myśli i jasne - czasami wpada mi do głowy trochę toksycznych myśli, ale jak szybko wpadają, tak szybko znikają, raz na jakiś czas dostając trochę uwagi w moim notesie (żeby wiedzieć, co robić z nimi, gdy pojawią się znowu)
z lekkością stosuję prastarą filozofię “no i chuj” - odpuszczam i nie kopię się z koniem, bo świat nie kończy się dzisiaj, a jutro też będzie dzień
może i nie dostanę dzisiaj medalu za biznesowo-pracową i samorozwojową produktywność
może i założyłem sobie inny plan i nie dowiozłem go w całości
może i Komisja Kontroli Produktywności nie kiwnie mi dzisiaj głową z wyrazami szacunku i uznania, że zapierniczałem dzisiaj jak koń

wszystko jest jasne, ciepłe i pełne życia
najważniejsze jest to, że w latach grubych cieszę się tym, co robię
jestem obecny w tym co robię
słyszę i słucham samego siebie
no i chuj
gdy jestem wyluzowany, myślowe rozterki zamieniam w powód do śmiania się z samego siebie
wszystko jest dla mnie ciekawe, wszystko jest równie ważne
wszystko jest jasne, ciepłe i pełne życia
rzeczy nie dzielą się wtedy na “produktywne i istotne” vs “rozrywkowe i niepoważne”. mam w dupie to, jaki miałem plan na dzień - robię to, co czuję i… czuję, że to, co robię, ma największy sens na świecie
a że rozwój to spirala, nie prosta linia w górę, po latach grubych, pełnych flow, radości i luzu, w końcu następują lata chude
no i muszą nastąpić - tak jak po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój
gorzej, jak te lata chude zaczynają zajmować większą część życia. przez dość długą część mojego życia definiowały one moją rzeczywistość
lata chude
nadal zdarza mi się wpaść w tryb walki z samym sobą i bycia dla siebie w głowie chamskim, opryskliwym i nigdy niezadowolonym gnojkiem
wtedy znika zabawny i wyluzowany Bartek przypominający ciekawe świata dziecko
mały Bartuś ze święcącymi oczami, stojący na balkonie i gapiący się na burzę, a potem rozmawiający z sadzonkami pomidorów zamienia się w starego, pełnego lęku i goryczy Bartosza, który traktuje życie jako coś łączącego gonitwę, konkurs i drogę krzyżową
mam wtedy poważną minę, zaciskam szczękę, podnoszę barki, zaciskam uda i oddycham szybciej. i bardziej płytko przez spiętą przeponę
rozmawiam w głowie z wewnętrznym krytykiem i zastanawiam się, ile w ciągu dnia uda mi się jeszcze zrobić
to ten sam głos w głowie, który zawsze mówi, że robię za mało
oceniam to, co wydarzyło się już w ciągu dnia i zastanawiam się, dlaczego zrobiłem tak mało
mówię sobie, że znowu coś ze mną jest prawdopodobnie nie tak - przecież w takim tempie, z takim podejściem, z takim słomianym zapałem nigdy przecież nie osiągnę “dużego sukcesu”
czymkolwiek ten duży sukces w ogóle kurwa jest
traktuję wtedy życie niesamowicie poważnie
życie to walka vs życie to zabawa
to wszystko bierze się z całej masy lęków i niepewności zaszytych we mnie jeszcze w dzieciństwie
nie sądzę, żeby zaczęło się od mojej mamy - ten syf był przekazywany pewnie w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie
z czego bierze się taki neurotyczny, pełen lęku stosunek do samego siebie i świata?
hm. mamy tu kilku mocnych kandydatów:
z braku pewności siebie, którą budowałem tylko powierzchownie na tym, ile udało mi się osiągnąć, jak często chwalili mnie inni ludzie i jakie wyniki finansowe wykręciła moja firma. czyli z szukania własnej wartości wszędzie poza sobą
z braku miłości do samego siebie, którą zastępowały wysublimowane formy krytykowania się, porównywania i poczucia, że wymagam naprawy, reformy, przebudowy
z braku kontaktu ze swoim ciałem i emocjami, o których nikt nie nauczył mnie mówić i których nikt nie nauczył mnie w pełni odczuwać
z podejścia do życia, jako do walki o przetrwanie, a nie radości z tego, że mogę obserwować świat z mojej absolutnie unikalnej perspektywy i po prostu przeżywać życie, poznając codziennie jego blaski i cienie
życie jest dokładnie takie, jakie chcemy
w moim domu życia nie traktowało się jak przygody
życie było walką z okolicznościami, które dziwnym przypadkiem spadały na nas, a my nie mieliśmy na to zbyt dużego wpływu
nie brało się pod uwagę tego, że:
rzeczywistość przed naszymi oczami jest dokładnie taka, jaką ją sobie kreujemy
nie jesteśmy ofiarami losu, tylko że ten los sami kształtujemy - głównie podejściem do życia i wiarą, że nasze marzenia i potrzeby mogą się zrealizować
jeśli nie wierzymy, że możemy coś zrobić, coś zmienić, coś osiągnąć i coś poczuć - świat będzie nam dawał dokładnie to, w co wierzymy, czyli rozczarowanie, niepowodzenie, beznadzieję i brak wiary w siebie
we mnie to się już powoli zmienia. i to nie wymaga jakichś nadprzyrodzonych sił
wymaga budowania małymi kroczkami świadomości tego, w jakim gównie aktualnie stoimy i czy aby mamy ochotę się z tego mentalnego gówna powoli wydostawać
małe kroki vs wielkie zmiany
małe kroki robią tu więcej niż jakakolwiek wielka decyzja
metody są różne:
psychodeliki,
terapia,
praca z ciałem,
wyrażanie swoich myśli poprzez sztukę,
journalling,
uprawianie jogi
i milion innych. dla każdego coś miłego
niezależnie od metod, dla mnie kluczowe było wyluzowanie i uświadomienie sobie, że tu i teraz wszystko jest w porządku
że nie muszę nigdzie dojść, niczego osiągnąć, nikim zostać, żeby powiedzieć sobie, że mam szczęśliwe, zabawne i chillowe życie
trzeba wyciągnąć w końcu te produktywnościowo-sukcesowo-karierowo-zarobkowe kije z dupy i przestać pierdolić, że na nic nie mamy czasu i że wszystko jest ważniejsze od tego, co kochamy i chcemy robić
mniej powagi, więcej luzu
napisałem ten esej między innymi po to, żeby otwierać go w latach chudych i przypominać sobie, że życie wcale nie jest takie szaro-ponure i smutne
to, jak czuję się w danej chwili, nie mówi nic o moim życiu, celach, kierunkach, o mojej wartości
być może się nie wyspałem, za mało wypiłem, albo zbyt długo nie byłem na siłowni
uczę się nie wyciągać na swój temat globalnych wniosków na podstawie pojedynczych sytuacji i nie traktować się jak maszyna do performowania
chcę czuć i być, a nie tylko działać i robić

